Ukraina zabiega u Muska o zgodę na użycie Starlinka w atakach dronowych
Kijów chce, by właściciel Starlinka pozwolił wykorzystać jego sieć satelitarną podczas uderzeń dronów w rosyjskie wyrzutnie rakiet balistycznych, także na celach oddalonych o 200 km od granicy. Powodem ma być topniejący zapas pocisków zdolnych przechwytywać nadlatujące rakiety.
Strona ukraińska prowadzi starania o zielone światło od Elona Muska dla nowego zastosowania jego systemu łączności z kosmosu. Chodzi o operacje maszyn bezzałogowych wymierzone w stanowiska, z których Rosja odpala pociski balistyczne — również te położone w głębi jej terytorium, w odległości sięgającej 200 km.
Motyw takiego wniosku jest czysto praktyczny: Ukrainie kurczą się zasoby amunicji służącej do zestrzeliwania rakiet już w locie. Kiedy przechwytywanie staje się trudniejsze, na znaczeniu zyskuje druga metoda — zniszczenie pocisku, zanim w ogóle wystartuje, czyli uderzenie w samą wyrzutnię. Do naprowadzania dronów na tak odległe cele potrzebna jest stabilna łączność, a tę zapewnia właśnie sieć satelitarna.
Informacja opiera się na relacjach osób zaznajomionych z tematem i została opublikowana w piątek przez prasę zagraniczną. Z dostępnych doniesień nie wynika, jaka miałaby być odpowiedź adresata prośby ani czy zapadły w tej sprawie jakiekolwiek rozstrzygnięcia.
Opisy różnią się w jednym punkcie. Większość mówi ogólnie o brakach w pociskach przechwytujących, bez wskazania konkretnego systemu. Jedno ze źródeł precyzuje natomiast, że niedobór dotyczy amunicji do zestawów Patriot. To rozróżnienie ma znaczenie, bo w pierwszym ujęciu problem dotyczy całej obrony powietrznej, w drugim — jej najbardziej zaawansowanego elementu.
Warto pamiętać, że w szerszym ujęciu opisywany wariant pozostaje na razie postulatem, a nie zatwierdzonym planem działania. Kluczowa jest tu sama konstrukcja sytuacji: zgoda na wojskowe wykorzystanie cywilnej infrastruktury satelitarnej zależy od decyzji jej prywatnego właściciela, nie zaś wyłącznie od państwa, które o nią występuje.