Romanowski zabiegał o schronienie w Dubaju. Emiraty nie zgodziły się na jego pobyt
Ścigany listem gończym Marcin Romanowski próbował ułożyć sobie życie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Sprawę miały prowadzić osoby z jego otoczenia, jednak strona emiracka nie chciała u siebie polityka. Ujawnienie tych ustaleń wywołało falę komentarzy.
Były wiceminister sprawiedliwości, za którym wystawiono list gończy, szukał dla siebie miejsca w Dubaju. Formalności miał załatwić Przemysław Kral, a kontakt między obydwoma utrzymywał Bartosz Lewandowski — wówczas adwokat zarówno jednego, jak i drugiego.
Zamiar spalił na panewce. Emiraty nie wyraziły zgody na przyjęcie u siebie polityka budzącego takie kontrowersje, więc cała konstrukcja się rozsypała.
Na wątpliwości co do samego pomysłu zwraca uwagę były ambasador Krzysztof Płomiński. Jego zdaniem w Emiratach po prostu nie funkcjonuje ścieżka polegająca na złożeniu wniosku o azyl — takiego trybu tamtejsze prawo w zasadzie nie przewiduje.
Upublicznienie sprawy odbiło się szerokim echem. Dziennikarz Maciej Bąk sięgnął po określenie "ludzkiej wersji gorącego kartofla", komentując odmowę wjazdu. Ostro wypowiedział się też Grzegorz Schetyna, który stwierdził: "To wygląda na ucieczkę na zatracenie. Czy na końcu będzie Mińsk czy Moskwa?".
Doniesienia nie są jednolite w opisie tego, o co dokładnie chodziło. W jednej wersji mowa wprost o azylu, w innej — o próbie uzyskania prawa pobytu na początku 2026 roku. Rozbieżność nie jest błaha, bo obie ścieżki oznaczają zupełnie inną procedurę, a uwaga byłego ambasadora dotyczy właśnie braku tej pierwszej.
Warto pamiętać, że sprawa opiera się na ustaleniach dziennikarskich, a nie na dokumentach urzędowych czy oficjalnych komunikatach którejkolwiek ze stron. W szerszym ujęciu pokazuje ona, jak ograniczone bywają możliwości osoby ściganej listem gończym, gdy szuka państwa gotowego przyjąć ją na dłużej.