Protest maszynistów uderzył w rozkłady jazdy. Ponad tysiąc opóźnionych pociągów
Piątkowa akcja protestacyjna maszynistów, polegająca na zwalnianiu do 20 km/h przed przejazdami kolejowo-drogowymi, odbiła się na ruchu w całym kraju. Suma opóźnień przekroczyła 23 tys. minut, a zarządca infrastruktury zapowiedział, że rozważy kroki prawne wobec odpowiedzialnych.
Do akcji wezwał Związek Zawodowy Maszynistów Kolejowych. Ruszyła ona o północy i miała jedną formę: maszyniści pokonywali przejazdy kolejowo-drogowe z prędkością nieprzekraczającą 20 km/h, bez względu na to, jakiej kategorii był dany przejazd. Zakończenie zaplanowano na godz. 12:00.
Bilans okazał się dotkliwy. Opóźnienia zanotowało ponad tysiąc składów, a ich łączna suma przebiła 23 tys. minut. Najgorzej wypadł pociąg PKP Intercity "Ślązak" jadący ze Szczecina do Przemyśla — spóźnił się o 335 minut. W trakcie samej akcji mówiono, że problem dotyczy co trzeciego pociągu.
Utrudnienia były widoczne w wielu miejscach kraju. Na trasie łączącej Warszawę z Siedlcami podróżni tracili od 10 do mniej więcej godziny. Kłopoty od rana odnotowano również na stacji Bielsko-Biała Główna, gdzie z poślizgiem ruszały pociągi i z poślizgiem przyjeżdżały.
O tym, jak długo potrwa rozładowywanie zatorów, mówił Adam Wawrzyniak z PKP Intercity. Wskazał, że protest skrócono do południa, choć wcześniej planowano inaczej: "Ona pierwotnie miała trwać całą dobę". Dodał, że kumulacji spóźnień należało się spodziewać przed południem, a rozładowywanie ruchu miało potrwać do końca doby. "Myślę, że pod wieczór sytuacja powinna być już stabilna" — ocenił.
PKP Polskie Linie Kolejowe ostrzegały wcześniej, że taka forma protestu rozstraja rozkłady i uderza w setki tysięcy podróżnych. Spółka apelowała o śledzenie aktualnych godzin odjazdów na Portalu Pasażera i zapowiedziała, że jako zarządca sieci przeanalizuje możliwość wyciągnięcia konsekwencji prawnych wobec osób i podmiotów, które za akcję odpowiadają.
Relacje rozchodzą się w kwestii tego, jak długo pasażerowie mieli odczuwać skutki protestu. Jedna z zapowiedzi mówiła o możliwych opóźnieniach nie tylko 11, ale i 12 września. Inne doniesienia zamykają sprawę na wieczorze dnia protestu. Różni się też sposób opisu skali zjawiska: raz mowa o co trzecim opóźnionym pociągu, gdzie indziej o przekroczeniu tysiąca składów i 23 tys. minut łącznie.
Warto pamiętać, że tego rodzaju akcja nie zatrzymuje ruchu, lecz go spowalnia — i właśnie dlatego jej skutki rozlewają się na godziny po formalnym zakończeniu protestu. Opóźniony skład blokuje kolejne, a sieć wraca do rozkładu stopniowo, nie z chwilą, gdy maszyniści przestają zwalniać.